Bardzo przyjemny wieczór w doborowym towarzystwie wczoraj spędziliśmy
Stało się to zupełnie niespodziewanie, choć tak nie do końca… Wszystko zaczęło się 18 listopada o 11:54, kiedy w poczcie fb znalazłam maila od Tomika Wincenciaka, który zapraszał imiennie (nie tam jakiś spam):
Kasia, Będzie nam niezwykle milo nam gościć Cie na specjalnym koncercie Skowytu
…
Oczywiście zgodziłam się i potwierdziłam, że wraz z mym drogim mężem pojawimy się
Ale zespołu Skowyt nie znałam i z taką lekką nieśmiałością podeszłam do tematu, kiedy nadszedł dzień koncertu…
Prawie nie trafiliśmy na miejsce, gdyż zamiast na pl. Konstytucji udaliśmy się na pl. Zbawiciela… Na szczęście udało się znaleźć Barrock (przy okazji okazało się, że już tam kiedyś byliśmy). Zespół był już „rozstawiony po kątach”, a właściwie po jednym. Trzeba przyznać, że przestrzeni scenicznej chłopaki mieli bardzo niewiele. Od progu skomunikowaliśmy się wzrokowo z Tomkiem, który w Skowycie jest odpowiedzialny za „niskie dzwięki i pekeasy”.
W kolejnych kilkunastu minutach poznaliśmy także wzrokowo resztę ekipy – bardzo fajni ciepli wyluzowani ludzie. A co najważniejsze – „frontem do publiczności”. Jak wspomniałam wcześniej „Skowyt” przynajmniej z nazwy nie był mi znany zupełnie, ale wszystko zmieniło stroili się i ćwiczyli przez rozpoczęciem. Zaaferowana układaniem kurtek i torebki i rozpakowywaniem aparatu nagle usłyszałam całkiem znany mi z Antyradia kawałek „Jest nas dwóch” i już wiedziałam, że będzie fajniej niż myślałam : ) Zdanie „lubię tylko te piosenki, które już znam”, wypowiedziane przez inż. Mamonia w filmie „Rejs” znowu miało swoje uzasadnienie. I tym mnie na wstępie zdobyli. Potem było już tylko lepiej: nie tak, jak zwykło bywać na koncertach, gdzie artyści są dalecy, niedostępni, czasem nawet niewidoczni…
Chłopaki były dostępne na wyciągnięcie ręki i całą swoją energię dawali odczuć otaczającym ich słuchaczom. Ługi szalał, ciężko było go złapać w obiektywie, świetnie i żywiołowo działał na scenie – raz będąc dzikusem, a raz małym dzieckiem („Jamajski pedofil”). Nie obyło się też bez kontrowersyjnych tekstów („Jezus Chrystus królem Polski”), co bardzo cenię i cieszy mnie, gdy teksty poruszają tematy tabu w naszym kraju. Dodam, że chłopcy narażali życie odśpiewując ten kawałek, gdyż ostrzeżona ich, iż nieopodal mieszka pani dewotka, która przy późno nocnych hałasach zaraz wzywa policję – strach pomyśleć, co by było, gdyby słowa ” [ tu muszę uzupełnić, jak zdobędę lyricsy od zespołu ]” dotarły do jej uszu
Po pieśniach dla najbardziej wytrwałych przygotowano projektor z teledyskami, poznaliśmy też główną bohaterkę „Ona jest Nazi”.
Zaczęła się po prostu wielka integracja: mogliśmy zamienić kilka słów z gitarzystą Aretzkim (riffy i „pitu-pitu”), który raczył nas opowieściami, zebrać przy tym autografy, na które chłopaki nieco się oburzali
Ale za to było wesoło i naprawdę przesympatycznie





