Styczeń, 2010


24
sty 10

Przewidujące (?!) Usability

Dziś rano robiłam sobie codzienny update z tego, co na Facebooku słychać. Przeglądam swoją ścianę i widzę news od NetworkedBlogs – bardzo przyjemnej aplikacji do publikowania na Facebooku swoich blogowych wpisów zamiast tradycyjnych notatek.

Krok 1. Wiadomość miała tytuł „Home Page Update”:

Krok 2. Zaciekawiona bardzo, co nowego szybko przeszłam dalej (może tu był mój błąd, bo spodziewałam się nie-wiadomo-czego ;) ). Dla ciekawskich - link do ich ściany.

Trafiłam na ich bloga, a że mi się spieszyło, nie doczytałam dokładnie, o co chodzi, jakie zmiany itp. I raczej liczyłam na to, że skoro dostałam wielkie info na ścianę, to z pewnością bez trudu zauważę :)

Krok 3. No i co – wchodzę… Patrzę… Rewolucji nie widzę… Właściwie nic nie zauważyłam :) Autorzy jednak przewidzieli, że nie tylko ja mogę tak zareagować i wyjść zmieszana i postanowili zrobić coś takiego:

Wniosek: szkoda, że o funkcjonalościach, które szeroko promują (mają już ponad 99 tysięcy fanów) muszą jeszcze dodatkowo pisać i utwierdzać użytkownika, że to nie jest żart – oni rzeczywiście coś zmienili. A może się mylę? Może to dobrze, że na stronie odwołali się do wcześniej danych obietnic? Bo w końcu co by to było, gdyby nic nie napisali? Dopiero bym była ja (i pewnie nie tylko ja) zmieszana.

Zapraszam do dyskusji :)


17
sty 10

Makowa reaktywacja z GetApple

Wprawdzie o makach wprawdzie już było na tym blogu, ale tym razem o inne maki chodzi :) Tym razem będzie o komputerach.

W zeszłym tygodniu za namową Kruchego odkurzyłam nieco nasze jabłuszka, zostało mi także podarowane to mocniejsze, gdyż Kru obecnie większość czasu spędza na pecetach. Poza tym ja jestem psuja, więc w moim Macu nie hasa bateria i brakuje przycisku górnej strzałki, który jednak nieco się przydaje ;) Z tytułu tej makowej reaktywacji na nowo przeżywam wszystkie działania, które na tej cudnej białej maszynce można robić. Zupełnie tak, jakbym dopiero co pierwszego dnia przyniosła go do domu i poznawała go od nowa.

Źródło: GetApple.pl

Dodatkowo niedawno w Gruml’owej skrzynce rss’owej pojawiła się informacja o III GetApple w Warszawie – czyli luźnym spotkaniem ludzi, którzy planują zerwać swoje pierwsze jabłuszko z tymi, którzy mogą im opowiedzieć, jak najlepiej je wykorzystać i pokazać jego prawdziwą moc. Moim zdaniem inicjatywa super – grupa zapaleńców powoduje, że zwykły szary użytkownik może posmakować jabłkowej mocy i łatwości, z jaką można obsługiwać komputer. Co więcej – spotkanie jest 100% free – tym bardziej pozwala to każdemu zobaczyć w praktyce, z czym to się je :)

No, może trochę przesadziłam z tym „każdemu”, gdyż podwoje Studio18 na ul. Brackiej miały ograniczoną pojemność. Jednakże każdy, kto chciał, zmieścił się i zajął wygodne miejsce :) Bardzo się ucieszyłam, że udało mi się zapisać na to spotkanie, idealnie wpasowało się ono w moją makową reaktywację. Bardzo mi szkoda, że nie korzystamy z Maców w pracy, bo jest to miejsce, gdzie najbardziej ich funkcje byłyby mi pomocne, tam jest najwięcej wyzwań, które pozwalają lepiej go poznać i bardziej docenić prostotę pracy.

Ależ ja im (Applowcom) słodzę ;) A miałam posłodzić trochę organizatorom :) Pisałam już, że byłam zaskoczona, że udało mi się dostać na listę, choć miejsc miało być tylko na ok. 20 osób. Trafiłam bez problemu na miejsce i zajęłam całkiem przyjemne miejsce w pierwszym rzędzie stolików z idealnym widokiem na rzutnik.

Zaczęliśmy od krótkiej prezentacji w Keynote przygotowanej przez Piotra Wasiaka – prowadzącego nasze spotkanko. Choć prezentacja była tylko jako wstęp z planem spotkania, od razu zrobiła na mnie wielkie wrażenie (chociaż Piotr narzekał, że nie działa mu pilot ;) ) Prezentacja zupełnie inna niż oklepany PowerPoint, z wodotryskami ale bez przesady, z lekkością i trójwymiarowością spowodowała, że nie mogłam się już doczekać prelekcji z Keynote, która miała się niebawem rozpocząć.

O prezentacjach Keynote w przystępny sposób – bo na konkretnym przykładzie i posługując się przygotowanymi wcześniej zdjęciami i testami – opowiedział Piotr Wiśnioch. Fajną sprawą jest to, że mogliśmy uczestniczyć w tworzeniu naszej szkoleniowej prezentacji – pytać, dyskutować, dzielić się własnymi doświadczeniami.

Podobnie było na drugiej prelekcji skierowanej głównie do tzw. switcherów – osób, które chcą „przestawić się” z Windows na Mac. Prowadzący Michał Małyszko opowiadał o swoich doświadczeniach przy przechodzeniu na „makową religię”. W uporządkowany sposób pokazał, co zamiast czego w Windows może ułatwić nam pracę. Oczywiście wywiązała się żywa – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – dyskusja o własnych doświadczeniach innych uczestników. Dzięki temu do listy najpotrzebniejszych i najciekawszych programów dopisaliśmy wspólnie kilka pozycji, a ja w TextEdit zanotowałam kilkanaście linijek z nazwami aplikacji, które muszę mieć :)

Po zakończeniu części oficjalnej przy dużym stole zasiedliśmy z komputerami i swobodnie dyskutowaliśmy o naszych makowych doświadczeniach i radziliśmy się, jak rozwiązywać codzienne problemy.

Foto: Ola Biolik

Podsumowując - bardzo rozwijające spotkanie :) Dobrym pomysłem było zabranie swojego kompa, żeby chociażby zrobić notatki na żywo, ale także po to, aby od razu uzyskać odpowiedz na nurtujące pytania. Cieszę się, że jest plan, aby tego rodzaju spotkania odbywały się częściej – docelowo raz w miesiącu. Aż chce się chodzić na nie za każdym razem, z drugiej strony warto robić miejsce dla kolejnych zbłąkanych pecetowych duszyczek :)

Chciałam bardzo podziękować organizatorom za spotkanie w zacnym gronie wyluzowanych Macuserów. Naprawdę spore wrażenie robi siedzenie w kręgu świecących na  komputerków. Jednocześnie wszyscy są równi, nieważne czy mają Macbooka Pro, czy starszego MacBooka 13,3 – każdy może się czegoś nauczyć, a uwierzcie mi, przybyli tam ludzie żądni wiedzy. Dziękuję także Oli Biolik za foto i video relację oraz pierwiastek żeński w męsko-makowym gronie :)

Zapraszam na inne strony o tym spotkaniu:

P.S. Jestem bardzo ciekawa relacji osób, które nie mają jeszcze swojego jabłuszka :)


13
sty 10

Blind Guardian – Gandalf’s Rebirth

A tak jakoś mi się przypomniało…
Kapela: Blind Guardian
Płyta: Battalions of fear
Kawałek: Gandalf’s Rebirth


13
sty 10

Kreator krzyżówek Deluxe

Wczoraj przed południem do mojej pracy dotarł kurier z dużym kwadratowym pudełkiem, na które czekałam już od Świąt Bożego Narodzenia… Czyżby coś nie tak z przesyłką? Niee, po prostu już od Świąt marzę o… Czy ktoś już się domyśla?

Na Allegro nie wyglądało na tak spore. Ale w końcu co tam – większe pudełko → większa radocha, jakoś je upchniemy w pokoiku :)

SZ w akcji z nożyczkami :)

W pracy dokonaliśmy rozpieczętowania, brakło niestety czasu na zdjęcia po rozpakowaniu… Dopiero bardzo późnym wieczorem mogliśmy zasiąść do naszej pierwszej (1 na 1) partyjki Scrabble w wersji Deluxe.

Już kiedyś miałam Scrabble w standardowym zielonym kolorze. Swoją drogą mam paskudną przypadłość bycia domową psujką, więc chwilę po zakupie wypróbowałam nową grę na stole kuchennym, który okazał się być niezbyt suchy. Możecie się spodziewać, że dół planszy tej fantastycznej, ale wcale nietaniej gry, przestał był jednolicie zielony. Za to zyskał białawy zaciek – nie do uratowania. Dobrze, że chociaż od spodu, bo w grze nie przeszkadzało… Kupiłam je jeszcze w ubiegłym millenium koło roku 1999, w Skoczowie w największym (o ile nie jedynym) sklepie zabawkowym w mieście (dla wtajemniczonych w topografię miasta: parter „Domu Mody”). Było to jakieś 10 lat temu – chodziłam do II klasy LO i nie miałam jeszcze swojej kasy, a do oszczędzania i odkładania kieszonkowego do tej pory nie jestem specjalnie skora. Co ciekawe, w tamtych czasach (a wydaje mi się, jakby to było wczoraj :) ) trzeba było wydać 99 zł. Dla porównania na zakupach „Boże Narodzenie 2009″ w Tesco zauważyliśmy takie samo pudełko… w tej samej cenie! Zapytacie, czemu sprawdzać cenę gry, którą przecież mam – i to od 10 lat. Jeszcze dziwniejszy może wydać się fakt zakupu wersji Deluxe. Mojek pewnie podsumowałby mnie jako Gadżeciarza Roku :) Już śpieszę z wyjaśnieniami: nie dość że psujka, to zguba ze mnie – albo zawieruszam rzeczy, albo chcę być dobrą Kasią i pożyczam znajomym na wieczne nieoddanie książki, płyty, filmy… Podobny los spotkał i stare Scabbelki z plamą na planszy, które posłużyły dzielnie, były nawet bohaterami sesji zdjęciowej – reklamowej w moim ex miejscu pracy  (SZ mi ostatnio o tym przypomniała, kiedy zastanawiałam się, czy ja w ogóle kiedykolwiek miałam taką zabawkę).

Koniec końców Scrabbli na stanie nie było, odzyskać nie ma jak, kupować kolejnych nie  chciałam obawiając się, że zakup zaspokoi mój i tak słomiany zapał. Wszystko się odświeżyło w Pierwszy Dzień Bożego Narodzenia, kiedy to rozegraliśmy rodzinną partyjkę korzystając z prezentu gwiazdkowego mojego Brata. Co ciekawe, zmieniły się pewne detale w wykonaniu gry. Zauważyłam, że zmienił się design stojaczków – z błyszczących i zgrabnych stały się w matowe i takie bardziej „wypasione” z napisem „Scrabble”. Nowe są także płytki z literkami – wcześniej litery i punkty były wytłoczone, teraz zostały namalowane inną czcionką, dodatkowo w kolorze zielonym, a nie na czarno, jak w starym zestawie. Płytki siedzą w nowym woreczku, którego materiał przypomina kiepską pościel z promocji w realu;-, a napis firmowy wygląda jak dopiero co wykonana nienajlepszej jakości „naprasowywanka”. Zieloną książeczkę z instrukcją zastąpiła taka składana na trzy ulotka. Widocznie firma Mattel może pozwolić sobie na obniżenie jakości produktu, skoro jest on tak dobrze znany… Swoją drogą ekskluzywna wersja wcale nie jest taka super-hiper, jak o niej piszą zarówno na Allegro, jak i na samym pudełku. „Aksamitny woreczek” na literki koło aksamitu chyba nawet nie leżał, gdyż zamist być miękkim i powodować miłe doznania – przy bliższym kontakcie szeleści jak świeżo wykrochmalona pościel (nie żebym nie lubiła świeżej pachnącej maglem pościeli, jednakże samo słowo „aksamitny” wprowadza mnie w pełny miłych doznań nastój, który zdecydowanie gryzie się z krochmalem ;) ) Stojaczki nadal są wypasione i matowe, ale widocznie taki ich urok. Na pochwałę zasługuje tłoczona plansza, która utrzymuje ułożone słowa na miejscu i drewniane literki, które są zdecydowanie milsze w dotyku niż ich plastikowe odpowiedniki. Wiem, że to niezgodne z zasadami, ale w drodze jest już drugi komplet drewnianych literek, żeby grać można było dłużej lub gdyby jakaś literka podcza sprzątania planszy postanowiła się wymknąć i już nie powrócić do sztywnego aksamitnego woreczka ;) )

Starczy tego narzekania – jakkolwiek by ta granie była wykonana – jest to świetna rozwijająca zabawa, bardzo wesoła i pełna śmiesznych sytuacji przy układaniu dziwacznych słów z pozornie nie dających się ułożyć literek – od razu mam w pamięci Mamękashi, która pod nosem szepcze: „lwi, nwi, dwi, gwi…” tworząc w myślach wszystkie możliwe słowne kombinacje  :) Zabawę mieliśmy naprawdę przednią i do tej pory wspominamy neologizmowego „darniowada”, który prawie by powstał z „darń” i „owad”, kiedy to chcieliśmy zużyć ostatnie „i” z wypasionego stojaczka.

Kurczaki pieczone, zrobiła się 2:00, a ja jeszcze nie zdążyłam napisać, jaki za mnie oszukaniec ;) Może Kruszą dopisze coś na ten temat w komantarzu? W końcu padł moją ofiarą w naszej słownej potyczce :)


11
sty 10

Zas(y)pa(ło)

A no właśnie – trochę zasypało Warszawę…

Łikend pod względem jeżdżenia samochodem – tragiczny… Nie dlatego, że posypał śnieg i zrobiło się ślisko na ulicach. Tragiczny dlatego, że każde ruszenie auta z podwórka wiąże się albo z zakopaniem w wielkich zaspach, albo z brakiem późniejszej możliwości zaparkowania.

Sobota.
Po odśnieżeniu auta i próbie wyjechania na miasto – zakopałem się :P – dobrze, że akurat sąsiad wychodził do sklepu.
Po powrocie z miasta i półgodzinnym jeżdżeniu po osiedlu celem zaparkowania – znalazłem nareszcie miejsce… Pod blokiem po 2 stronie Gagarina… Na szczęście trafiłem miejsce przy odśnieżonej ulicy.

Niedziela.
Wyjazd OK (pomijając dość mocne skrobanie samochodu).
Powrót z miasta i parkowanie z rozpędu… Dobrze, że było gdzie… Z kolei później wpychaliśmy auto mamy na chodnik – zabawne było to, że przez ten śnieg nie mogła podjechać pod 10cm krawężnik…

Poniedziałek.
Do pracy chcieliśmy ruszyć samochodem. Jednak jak zobaczyłem, że za oknem wypychają sąsiada – zrezygnowaliśmy z tego pomysłu.
Tak więc postanowione – jedziemy autobusem… Po drodze na przystanek wypchnęliśmy kolejnego zakopanego…

Na przystankach ludzi kupa. Musieliśmy darować sobie jeden autobus – w środku tłumy. Wsiedliśmy w równie zapchane 180. Przystanek „Dobra” – przesiedliśmy się w zupełnie pusty 151. Jak się później okazało – świetny pomysł. Po drodze popsuły się tramwaje, które miały nas pierwotnie zawieść do pracy. Ale my, naszym 151 śmigaliśmy sobie bezpośrednio do roboty.

Gdzieś w centrum dostałem SMS o takiej treści:
„Pod Kolmexem zupełnie nie odśnieżone. Weź saperkę albo łopadę :-)
Kolejny raz byłem zadowolony z siebie, że nie pojechaliśmy samochodem. Nie mogłem się tylko doczekać, aż zobaczę ten parking, na którym w „normalne” dni nie ma gdzie zaparkować (brak wolnych miejsc).

Dziś miejsc było do koloru do wyboru, jednak parkowanie na nich było/jest nieco utrudnione przez ten cudowny śnieg…


8
sty 10

Witamy w Nowym Roku

Dziś kończy się już szósty dzień Nowego Roku, a mnie nie chciało się tu zajrzeć i coś napisać, choć Mamakashi ściga mnie, że nic się u nas nie dzieje… Ale może to i dobrze – zrobiłam sobie przerwę od kompa i dopiero wczoraj Kru zmobilizował mnie do jakichś działań. Odstąpił mi swojego maczka z kompletną klawiaturą, zrobiliśmy na nim porządki, postawiliśmy świeży system (kocham Mac OSX!)… Pierdu, pierdu… (zapisane na iPhone)

Dobra, do powitania Noworocznego podejście drugie - 8.01.2010 :)

31. grudnia na dobre dopadło mnie choróbsko jakieś, do gardła mi się rzuciło i tyle… Jakoś przebiedowałam do soboty 2.01, kiedy to kochany Kru dostarczył mnie do lekarza na Belgradzką. I tak do tej pory jestem totalnie rozciapciana rozklejona i co tylko. Ból gardła na przemian z krwotokami z nosa i bólami pleców i stawów zniechęcają mnie do czegokolwiek. Ale tym, co tu zaglądają należy się trochę uzupełnienia (dobra, przyznam się, że piszemy tutaj także trochę dla siebie ;) ). Więc jak to mówi Mamakashi – w punktach…

Continue reading →