Wpis, który czeka w kolejce do publikowania, piszę już od kilku dni (problemy w zarządzaniu czasem), a przez ostatnie tragiczne i smutne wydarzenia udało mi się znaleźć chwilę na dokształcenie się i popracowanie nad sobą. Wokół jest naprawdę nieciekawie, nie jestem już w stanie oglądać tv, uśmiechniętych i sympatycznych twarzy osób, które zginęły, a które dopiero co oglądałam przelotnie w Wiadomościach, czy w internecie… Siedzimy więc z mężem w naszym małym azylu słuchając starej dyskografii Queen, każde na swój sposób starając się uspokoić myśli.
W ogóle to nie planowałam tutaj nic pisać, ale jakoś tak doskwiera mi to, co się stało (jak pewnie większości z nas). Szczerze mówiąc myślałam, że wciąż nie rusza mnie śmierć w znaczeniu, że nie potrafię się tak naprawdę przejąć, wykazać się odrobiną empatii. A jednak coś we mnie drgnęło (ale dlaczego akurat to?). I chcę o tym, co czuję, napisać tutaj.
Sięgając wstecz pamięcią nie znajduję śladu, kiedy płakałam po czyjejś śmierci, czy wzruszałam się i przeżywałam ją. I jest to dla mnie przerażające, że mam wrażenie, że spływa to po mnie. Mogę sprawiać wrażenie obojętnej. Nie skupiam się nad problemem, nie wyciągam wniosków… Im stawałam się starsza i wracałam myślami do śmierci różnych osób, coraz bardziej mnie smucił fakt, że po raz kolejny się nie przejęłam, nie płakałam, nie myślałam o tym, co się stało, NIE PRZEŻYWAŁAM - byłam zabiegana, myślałam o przyziemnych zwykłych błahostkach. Odnośnie płaczu – nie chodzi o to, aby się zmuszać do łez. Z reguły jestem bardziej płaczliwą osobą, dlatego zaskakujący dla mnie wydał się fakt, że nie płakałam nigdy w TAKICH momentach, kiedy właśnie łez można byłoby się spodziewać.
W sobotni poranek było inaczej, choć bez łez. Włączyłam telewizor, zobaczyłam transmisję z mszy katyńskiej. „OK – szaro tam, to przełączam”. Ale nagle w rogu dostrzegłam czarne logo TVP i to już spowodowało, że musiałam usiąść. Nerwowo przełączałam kanały… Szukać nie trzeba było daleko. Katastrofa samolotu… Niedobrze… Ale wiem, że się zdarzają takie rzeczy… Ale… Ale przecież nie mogło się stać nic złego. NIE MOGŁO!
…
NIESTETY. Do tej pory nie przyjmuję tego do wiadomości. Nie byłam w stanie znaleźć sobie miejsca. Pierwszy raz w życiu czułam taki niepokój. Nie jest mi z tym dobrze. Przestałam już oglądać wiadomości… Czuję, że coraz bardziej zaciska mi się gardło na myśl o tym, co się STAŁO. Tym bardziej będąc blisko tego, co dzieje się w Warszawie, jak zachowują się ludzie, odwiedzając miejsca, gdzie CI, których z nami już nie ma – bywali i ŻYLI!
…
Chciałam napisać tylko jedno – dwa zdania o wydarzeniach sobotnich, a rozwlekłam się na kilka akapitów. Siedząc w ciszy w domu poświęciłam trochę czasu na czytanie zaległych maili i w końcu ruszyłam temat zarządzania czasem. W związku tym postanowiłam uprządkować wpisy na blogu. No ale wyszło jak wyszło – nie czas i miejsce na pisanie o mindmappinu ani o konkursie dla tropicieli Leb 2.0. Wpisy więc wpisuję w zaplanowane.
Dziękuję.