Poprzednio pisałam o nowopoznanej pierrogerii w centrum, którą zwiedziliśmy przed udaniem się do kina. Bardzo przyjemnie minął nam tam czas, jednakże wciąż było za wcześnie, żeby udać się do położonej nieopodal Luny.
[googlemap lat="52.218537" lng="21.01904" width="300px" height="150px" zoom="15" type="G_NORMAL_MAP"]Warszawa, Polska[/googlemap]
Mimo wszystko poszliśmy do kina odebrać bilety – miejsce jest niezwykle klimatyczne i jest chyba moim ulubionym kinem. We foyer urządzone przyjemne miejsce do siedzenia. Na pomarańczowych fotelach spędziliśmy kolejną godzinkę i chwilę prze 20:45 udaliśmy się do sali B – zielonej na nasze miejsca VIP. Zapomniałam, że sofy są już nowe i nie skrzypią. Że siedzenia są prawie na równym poziomie, a przed filmem nie ma reklam… Bardzo lubię taki klimat. Zauważyłam też, że mimo barku z popcornem i nachosami prawie nikt nie przyszedł na seans z jedzeniem. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to rzecz z początku filmu, który rozpoczyna się kompletną ciszą i Edwardem Nortonem milcząco lustrującym widownię pokazu iluzjonistycznego odbywającego się XIX-wiecznym Wiedniu: na naszej warszawskiej sali również cisza, a ktoś z publiki krzyknął zupełnie nie na miejscu „Głośniej”.

"Iluzjonista" reż. Neil Burger,w rolach głównych Edward Norton, Jessica Biel, Paul Giamatti.Plakat pochodzi z serwisu filmweb.pl
Ale o pewnie dlatego, że nie wiedział, scena ta tworzy ładną klamrę i wszystko wyjaśnia to wielkie napięcie i milczenie. Tym, którzy nie widzieli nie chcę psuć zabawy powiem tylko, że – tak jak lubię najbardziej – akcja zatoczyłą fantastyczny zwrot i pozwoliła mojej wyobraźni długo jeszcze przetwarzać nową baśniową historię miłosną. Z niecierpliwością czekam więc na kolejne wyjście z cyklu Poniedziałki z Luną
